niedziela, 15 września 2013

Nagrobek 14

Czujesz ten ciężar? Tylko on cię uskrzydla.

~ Pih, „Powrócisz"
~ * ~
Pachniało deszczem. Złapałam się na tym, że dwa czy trzy razy wciągnęłam mocniej powietrze przez nos, aby zapamiętać dokładniej ten zapach. Tak rzadko go w końcu doświadczałam. Jeśli w Durmstrangu cokolwiek spadało na ziemię, to był to albo śnieg, albo rzeczy, które chłopaki wyrzucali dla zabawy swoim kolegom z okien.

Okolica należała do spokojnych miejsc. Znajdowało się tu tylko parę domostw, może z osiem czy dziewięć, i w większości musiały być one w posiadaniu czarodziei – nie wyobrażam sobie, aby tak szanowana rodzina jak Malfoyowie zamieszkała na mugolskim osiedlu. Jedynymi osobami, jakie spotkaliśmy ze Scorpiusem na swojej drodze, była miło uśmiechająca się do mnie staruszka niosąca ze sobą koszyk, z którego wystawała głowa żywo zainteresowanego światem kota, oraz około dwudziestopięcioletni chłopak z burzą brązowych loków na głowie. Ten ostatni podniósł pogodnie rękę w kierunku Scorpiusa na przywitanie, a jego kąciki ust uniosły się delikatnie. W odpowiedzi mój towarzysz przytaknął jedynie na jego zabiegi krótkim i zdecydowanym ruchem głowy, a pod nosem mruknął:

 – Parszywy mugol.

To było pierwsze zdanie, które zostało wypowiedziane podczas naszego spaceru. Okey, może wypowiedź Scorpiusa nie zawierała nawet czasownika, ale ja miałam niemały powód do dumy. Nikt nie mógł mi zarzucić, że szłam z zupełnej ciszy!

Milczenie, które zawisło pomiędzy mną i chłopakiem, było krępujące, ale podejrzewałam, że nie mniej niż ewentualna rozmowa, która mogłaby się między nami utworzyć. Wolałam, abyśmy nie próbowali przerywać ciszy, bo wątpiłam, byśmy mieli w jakiejkolwiek kwestii te same zdania. Różniliśmy się i nie miałam co do tego żadnych wątpliwości, choć z wyglądu można nas nawet uznać za rodzeństwo: cechował nas podobny kolor włosów (choć kosmyki Malfoya mimo wszystko zdawały się jaśniejsze), taki sam prosty nos, blada karnacja i wysoki wzrost.

Zamiast zastanawiać się nad adekwatnymi tematami do rozmowy, zaczęłam dalej wdychać świeże powietrze, porównując zapach deszczu do świeżo skoszonej trawy i dopiero co rozpakowanej czekolady miętowej z cukierni na Ukrytej. Naprawdę żałowałam, że w Durmstrangu przez większą część roku padał śnieg. Zdecydowanie bardziej wolałabym deszcz; biały puch zdążył mi już dawno zbrzydnąć. Chyba trochę racji miał ten, kto powiedział kiedyś, że zawsze pragniemy rzeczy odwrotnych niż te, które posiadamy.

 – Z garami* jesteś bardziej rozmowna – odezwał się nagle Scorpius, prezentując mi swój cyniczny i ironiczny ton głosu. Kiedy do mnie mówił, nie spojrzał nawet w moją stronę, a jedynie wbił wzrok w jakiś element rysujący się kilkanaście metrów przed nami.

 – Mamy wspólne tematy – zauważyłam grzecznie, próbując nie odpowiadać tym samym tonem co mój rozmówca.

 – Gotowanie? – prychnął śmiechem Malfoy, kopiąc z całej siły Merlinowi ducha winny i leżący na drodze kamień. – Ach, przepraszam, zapomniałem! W końcu ty jesteś reprezentantką i pierworodny gar nad garami również nim jest! Może więc porozmawiajmy o Turnieju Trójmagicznym? – zasugerował złośliwie, wreszcie spoglądając w moją stronę.

 – Błaźnisz się. Twoje zaczepki są naprawdę żałosne. – Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nie byłam dobra w ripostowaniu. A szkoda, bo teksty Malfoya nie były najmocniejsze.

– Oj, kochanie, ja nie chcę się wdawać z tobą w żadną kłótnię. Chcę tylko o czymś porozmawiać. To zakazane?

 – Na razie nie pokazujesz, że chciałbyś pogadać – odparłam trafnie, przygryzając dolną wargę.

 – Jesteś po prostu słabym obserwatorem – zaśmiał się pod nosem. – Na przykład nie zauważasz, że prowadzę cię właśnie w kierunku lasu. Nikogo tu już nie ma, zapada zmrok. Jak myślisz, po co to robię? – uśmiechnął się pod nosem. Zmarszczyłam lekko brwi i rzeczywiście zauważyłam, w jaką stronę się kierujemy. Powstrzymałam się od obejrzenia za siebie, aby sprawdzić, czy zgodnie ze słowami chłopaka nikt za nami nie idzie. W sumie nie miałam powodów, aby zacząć się bać. Byłam pełnoletnią czarownicą i miałam zupełne prawo używać czarów. W tym rąbnąć jakimś zaklęciem kogoś, kto na to zasługiwał.

 – Idziemy po prostu przed siebie, bo twoi rodzice kazali ci wyjść, a ty ich posłuchałeś, Malfoy – mruknęłam, choć mimowolnie sięgnęłam do kieszeni… Ach, właśnie! Nie miałam kieszeni.

Nie miałam różdżki. Została w płaszczu.

Wtedy spanikowałam.

Zatrzymałam się nagle w połowie drogi i przez moment wahałam się, co mam zrobić. Moje mieszane odczucia nie uszły uwadze Scorpiusa.

 – Wiesz, jak się boisz, to szklą ci się oczy i puszą włosy. To drugie powinno się chyba objawiać, jak się zdenerwujesz, prawda? – spytał chłopak. Przeklinałam się w tym momencie w duchu, że nie wzięłam ze sobą różdżki. Ale z drugiej strony, gdzie miałam ją trzymać? W zębach? Jednak szkolne szaty były pod tym względem praktyczne – miały duże kieszenie po bokach.

Nie odpowiedziałam na durną zaczepkę chłopaka, a jedynie odwróciłam się na pięcie i zrobiłam krok do przodu.

 – Hola, hola, ja jeszcze nie skończyłem. – Poczułam silne szarpnięcie do tyłu. Malfoy złapał mnie za koszulę i pociągnął w swoją stronę, przez co straciłam równowagę, i tylko jakimś cudem uchroniłam się od upadku. Kiedy chłopak zacisnął dłoń na materiale, uchwycił też trochę moich włosów, które teraz nieświadomie wyrwał, sprawiając mi ból. Syknęłam w odpowiedzi i spojrzałam na blondyna, który trzymał mnie za koszulę niczym za kark i wpatrywał się we mnie szarymi tęczówkami jak opętany.

 – Malfoy, pu…

 – Spokojnie, chciałem cię tylko nastraszyć – zaśmiał się chłopak i byłam wręcz przekonana, że musiałam wyglądać tak, jakbym zobaczyła w tej chwili tuzin dementorów. Scorpius puścił materiał i ułożył swoją rękę wzdłuż ciała.

 – Wcale się nie bałam. Wiedziałam, że mi nic nie zrobisz – odparłam, siląc się na twardy ton głosu. Nie potrafiłam jednak kłamać.

 – Tak, tak. Doskonale o tym wiem – potwierdził moje słowa Malfoy i, jak gdyby nigdy nic, ruszył ni to wolnym, ni szybkim chodem w kierunku domu. Prędko do niego dołączyłam.

Drogę powrotną pokonaliśmy w ciszy. Znów tej krępującej, ale i znów zdecydowanie lepszej od rozmowy. Kątem oka zauważyłam, że co jakiś regularny czas Scorpius uśmiecha się ironicznie pod nosem, jakby przygotowywał dla mnie jakąś złośliwość. Okey, mogłam się przyznać. Wtedy pod lasem rzeczywiście miałam czarne myśli, kiedy dotarło do mnie, że moja różdżka leży teraz w kieszeni płaszcza.

Gdy wchodziliśmy już na teren posiadłości Malfoyów, odetchnęłam z ulgą. Kończyłam ten spacer z przyjemnością, woląc powrócić do nudnego wsłuchiwania się w rozmowę mojego taty i ojca Scorpiusa. Wytarłam jeszcze starannie nieswoje buty o wycieraczkę i weszłam do holu, aby ściągnąć je z nóg. Były mi całkiem dobre, nie mogłam na nie narzekać. Wręcz nie zauważałam tego, że są o pół rozmiaru za duże.

W końcu ściągnęłam też z siebie grubą flanelową koszulę. Dopiero w zamkniętym pomieszczeniu poczułam, że pachnie silną, ale całkiem ładną wodą kolońską. Zapachy męskich perfum mogłam już oceniać zawodowo. Czułam je na korytarzach Durmstrangu od najmłodszych lat.

  Jak już wrócisz do Durmstrangu, pozdrów ode mnie rdzawego gara  – mruknął jeszcze w moim kierunku Scorpius, zanim weszliśmy do jadalni. – Przed moim piątkowym opuszczeniem Durmstrangu, zorganizowałem jej pożegnalną grę terenową po zamku „Odnajdź swoje podręczniki”, żeby nie tęskniła za mną przez weekend. Z początku nie myślałem, że ona będzie na serio szukała tych książek; sądziłem, że pobiegnie ze skargą do swojego tatusia. Ale sprawiła mi miłą niespodziankę. Możesz dodać, że za ten ubaw będę jej wdzięczny do końca życia – dodał wrednie, schylając się lekko nad moim uchem. Nie miałam pojęcia, że Lily w piątek miała przez Malfoya zaplanowane popołudnie. Zresztą mój piątkowy wieczór został zarezerwowany na zajęcia przygotowujące mnie do turnieju, a cały wczorajszy dzień spędziłam na treningu quidditcha – rano tata wziął mnie na lekcję indywidualną, a po południu ćwiczyliśmy całą drużyną Durmstrangu aż do wieczora. Nie było czasu, aby pogadać z Lilką. Ledwo co zamieniłam parę słów z Albusem, ale ten nic o problemie swojej siostry nie wspominał.

 – O, już jesteście! – wykrzyknęła pani Malfoy, kiedy pchnęłam drzwi do jadalni i stanęłam na progu. 

 – Tak, już jesteśmy – odpowiedział jej syn, siląc się na miły i uprzejmy ton głosu. Pospieszył mnie trochę ruchem ręki, więc posłusznie podeszłam szybciej do swojego poprzedniego miejsca przy stole.

 – Nie siadaj, Marybeth, będziemy się już zbierali. Robi się późno – poinformował mnie ojciec. Przytaknęłam na jego słowa krótkim ruchem głowy, układając dłonie na oparciu krzesła. Momentalnie przypomniało mi to sesję zdjęciową dla „Famy” i fotografię, która tak strasznie mi się spodobała. Gdyby nie fakt, że siedziałam na niej na kolanach Jamesa, zapewne w akcie uwielbienia dla min całej naszej trójki, powiesiłabym ją nad łóżkiem.

 – Tak szybko? Przecież możecie jeszcze zostać! – W trakcie mojej nieobecności pani Malfoy i mój ojciec musieli przejść na „ty”. – Zaraz zawołam skrzata, przyniesie trochę więcej ciasteczek i herbaty! – zaczęła zapewniać pani domu, wciąż się przy tym uśmiechając.

 – Nie możemy, Astorio. Muszę w końcu załatwić jakiegoś sędzię na mecz Durmstrang-Hogwart, bo ostatnio zarzucono mi, że nie mogę tego sędziować. Zastanawiam się dlaczego. Nie zamierzam oszukiwać, aby moja drużyna wygrała – zastrzegł od razu ojciec, wzruszając ramionami. – Najwyższa pora, abym napisał te listy z prośbami już dziś – dodał po chwili tata, podnosząc się z krzesła.

 – To niech Marybeth zostanie. Przecież jutro Dracon aportuje się do Durmstrangu razem ze Scorpiusem. Mary też może odstawić.

Słowa pani Malfoy niezmiernie mnie zaskoczyły. Po co miałabym niby zostawać na noc u Mafoyów? Przecież przyjechaliśmy z ojcem tylko na durny obiad. Można mnie było podpiąć pod „osobę towarzyszącą”. Na dobrą sprawę ojciec mógł przyjechać tutaj sam.

 – Nie, nie będziemy robić problemu. Innym razem – rzucił mój ojciec, starając się za wszelką cenę unikać mojego pytającego spojrzenia. Już kierował się do wyjścia z jadalni, kiedy odezwał się jeszcze pan Malfoy:

 – To naprawdę żaden problem. Młodzi powinni spędzać teraz ze sobą wiele czasu. Dobrze, by było, aby się lepiej poznali. W szkolę nie zawsze jest na to czas i sposobność.

Widząc, że nie uzyskam żadnej odpowiedzi od ojca, jeszcze bardziej zdziwiona, rozdrażniona i zdenerwowana spojrzałam w kierunku Scorpiusa, który siedział teraz przy stole i wpatrywał się w porcelanową filiżankę, jakby nie mógł od niej oderwać wzroku.

 – Masz rację, Draconie. Myślę jednak, że powinno być to z góry zaplanowane. Może za tydzień? – zaproponował tata. Wtedy już nie wytrzymałam. Wybuchłam, czując, że emocje wypływają ze mnie niczym gorąca lawa.

 – Czy ktoś zechce mi wytłumaczyć, co się tutaj dzieje?! – podniosłam głos, unosząc lekko ręce do góry. W tej samej chwili Scorpius podniósł na mnie zaskoczony wzrok, jakbym zrobiła największe głupstwo świata, a jego rodzice wlepili w mojego ojca pytające spojrzenie.

 – Chyba nie chcesz nam powiedzieć, że Marybeth nic nie wie? – spytał pan Malfoy, wskazując na mnie dłonią. Ojciec przełknął głośno ślinę. Zrobiło mu się trochę głupio. Odczekał moment, podczas którego wymieniał porozumiewawcze spojrzenia ze starszymi Malfoyami, aż w końcu zwrócił się w moim kierunku.

 – Marybeth, wspólnie z państwem Malfoy postanowiliśmy, że ty i Scorpius…

Już wiedziałam, co chce powiedzieć.

 – No chyba sobie żartujesz – szepnęłam wręcz niedosłyszalnie, ledwo co poruszając wargami.

 – … pobierzecie się w następnym roku, zachowując czystą krew rodu Krumów i Malfoyów.

Zrobiło mi się w tej chwili tak niesamowicie słabo, że zamknęłam oczy i zaczęłam ciężko oddychać. Poczułam, jak uginają się pode mną nogi, a od wewnętrznej ściany czaszki ktoś chce się przewiercić na wylot.

Zanim upadłam na drogie porcelany, które stały za mną na drewnianym regale, w porę złapał mnie pan Malfoy.

~ * ~

Przemierzałam znów tę samą drogę co parę godzin temu, pokonując odległość dzielącą wydzielone pole aportacji do drzwi zamku. Śniegu napadało znacznie więcej, lecz i tym razem szedł przede mną ojciec, który odgarniał białą pierzynę na bok skutecznym zaklęciem. Niestety, mimo wszystko moje buty były znów całkowicie przemoczone, przez co robiło mi się już przeraźliwie zimno.

Oddychałam ciężko, próbując nie wybuchnąć. Sama nie wiedziałam czy płaczem, czy gniewem. Byłam na skraju emocjonalnego rozerwania i ostatnią rzeczą, której oczekiwałam, był fakt, że mój tata przerwie tak potrzebną mi ciszę.

 – Mary… – zaczął delikatnie, kiedy dochodziliśmy już do zamku. Gdybym nie była w tym momencie w tak okropnym stanie, zaskoczyłaby mnie jego zmiana tonu głosu.

 – Ciebie chyba popieprzyło! Co ty sobie wyobrażasz, co?! Że będziesz szukać mi męża?! A czy tobie ktoś wskazał żonę? Nie! Dałeś się tylko omamić jakiejś jebanej wili, która traktowała cię jak zabawkę! A teraz co? Bawisz się w swatkę? – zaczęłam wrzeszczeć, a z moich oczu pociekły wielkie łzy. Zapłakałam gorzko, czując bezsilność, jaka mnie otaczała. Miałam ochotę rzucać na oślep zaklęciami albo roztrzaskiwać szklane przedmioty. Wiązałam wielkie nadzieje z opuszczeniem szkoły. Miałam nadzieję, że po Durmstangu zainteresuje się mną jakaś drużyna quidditcha, w której się odnajdę. A nawet jeśli nikt nie chciałby mieć mnie w zespole, nie miałam powodów do rozpaczy. Znałam dobrze język angielski, więc nic nie stało na przeszkodzie, abym podjęła jakieś studia w Wielkiej Brytanii i tam już została. Nawet ojciec coś przebąkiwał o tamtejszym magicznym uniwersytecie. A teraz co? Już o wszystkim zapomniał?

Spojrzałam w jego kierunku oczami pełnymi łez. Ledwo co widziałam przez słone krople gromadzące się pod moimi powiekami. Ojciec wydawał się trochę smutny i przygnębiony. Ale nie interesowały mnie teraz jego uczucia, choć bardzo zdziwiłam się, gdy nie ugasił mojej złości surowym tonem. Rozpoczął zamiast tego cicho:

 – Nie mów tak o mamie. Ona cię urodziła. Po prostu taka była jej natura, że…

 – Bronisz tej surogatki?! – warknęłam groźnie, nie poznając samej siebie. Byłam pewna, że gdyby nie fakt, iż głównie targała mną rozpacz, balansowałabym na granicy korzystania z wilowatych uroków. – Zrozum, że to nie jest moja matka! Nigdy nie miałam matki! Miałam za to ojca, który powinien wiedzieć najlepiej, co jest dla mnie dobre! Tym bardziej, że został wiecznym kawalerem! I ten wieczny kawaler śmie wybierać dla mnie męża, podczas gdy mam dopiero siedemnaście lat! – darłam się na całe gardło, nie mogąc się zmusić do przyciszenia nieco tonu głosu. Byłam pewna, że niedługo z okien zaczną wychylać się uczniowie zainteresowani aferą przed wejściem do zamku.

 – Przepraszam, Mary. - Usłyszałam jeszcze cichy, wręcz niedosłyszalny szept taty, zanim ten otworzył wielkie drzwi prowadzące do głównego korytarza Durmstrangu. Po chwili ojciec zniknął za wrotami, zostawiając mnie przed wejściem samą. Oparłam głowę o wielki filarach i wybuchłam jeszcze większym płaczem niż przedtem. Z nieba wciąż prószył śnieg, choć mniejszy od tego, który padał, gdy deportowaliśmy się do Malfoyów. Miałam na powrót przemoczone włosy i buty, a wiatr, pomimo długości mojego płaszcza, zaczął muskać moje nogi swoimi lodowatymi palcami. Mimo wszystko nie miałam siły się ruszyć. Czułam jak moje życie przerastało mnie z minuty na minutę.

Nie zwróciłam nawet uwagi na to, jak zachowywał się mój ojciec po całym tym cholernym spotkaniu z Malfoyami. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że stał się taki jakby… delikatniejszy? Uważający na to, co mówi? Za to ja w przeciwieństwie do niego w ten jeden wieczór nie stroniłam od ostrych słów. Tłumione przedtem emocje wzięły nade mną górę. Nie było czasu zastanawiać się, czy można sobie pozwolić na jedno zdanie więcej czy mniej. Miałam nawet wrażenie, że to nie ja decydowałam teraz o tym, co wyjdzie z moich ust. Decydował o tym jakiś potwór, który mieszkał wewnątrz mnie i wyżerał w tej chwili ostatnie cząstki mojego człowieczeństwa, zamieniając mnie w paskudną, wredną i nie stroniącą od słów wilę. Choć na ten jeden moment.

Wiedziałam, czym rządzą się zasady czystokrwistych czarodziejskich rodów. Należało to przyznać otwarcie: byliśmy na tyle zacofani i gorsi od mugoli, że to rodzice wciąż wybierali nam partnerów na dalsze życie, choć uważaliśmy się za osoby idące z duchem nowoczesności. Myślałam jednak, że w rodzinie Krumów to ojciec przerwał tę tradycję, kiedy w końcu skończył bez żony i z dzieckiem do wychowania. Miałam nadzieję, że skoro on nie ożenił się z kobietą, którą wybrałby mu ojciec wraz z matką, i ja nie będę musiała wychodzić za mężczyznę, którego on wskaże.

Nie mogłam się bardziej mylić.

Jak można zmusić kogoś do ślubu?! Zaplanować komuś życie bez jego wiedzy? Zrobić coś za jego plecami, aby ten ktoś tak straszliwie cierpiał?

I dlaczego, do jasnej cholery, ojciec wybrał akurat Scorpiusa Malfoya?

Od razu wiedziałam, że nigdy nie polubię tego chłopaka. Owszem, był przystojny i podobał się dziewczynom, ale wygląd o wszystkim nie decydował. Moim zdaniem, Scorpiusa cechowała głównie wredota, cynizm i arogancja, której po prostu nie potrafiłam znieść. Chłopak czuł się lepszy od innych i w jego mniemaniu wszystko mu się należało. Miał trudny charakter i ironiczny styl mówienia, co niesamowicie mnie drażniło. Krępowała mnie każda minuta spędzona w jego towarzystwie i, o ile w przypadku innych osób zawsze wiedziałam, że to uczucie zmieni się w trakcie częstszego przebywania we wspólnym towarzystwie, o tyle w przypadku moim i Scorpiusa nie wróżyłam takiego zakończenia.

Choć może znaliśmy się zbyt krótko? Może rzeczywiście potrzebowałam czasu, aby przynajmniej stwierdzić, czy można dać nam jakiś cień szansy na polubienie? Nie potrafiłam teraz o tym myśleć. W głowie nie mieściło mi się, że chłopak, którego poznałam dopiero dziś, miałby w następnym roku zostać moim mężem.

Czułam się w tej chwili jak więzień, którego z jednego więzienia, chcą oddać pod nadzór drugiego. I czułam, że podczas takich przeprowadzek najłatwiej uciec.

 

* Potter to po angielsku garnek.


~*~

Dziś bez filmu, bo straciłam głos <3 Biegaliśmy w piątek w deszczu i zimnie na 600m, a ja nie miałam bluzy. Jak jutro odzyskam głos, to dogram film, bo pewnie do jutra zbyt wiele osób tego rozdziału nie przeczyta, ale teraz nie byłoby sensu tego robić, bo słabo byście mnie pewnie zrozumieli ;)

Zaaktualizowałam w końcu zakładki, yeah! Tylko „linków” nie zdążyłam. Ogółem to szczególnie zapraszam do „listy BBC”.

Otrzymałam również zwiastun od Lyry Parkinson (to właśnie dla niej i dla Adary, która też przyczyniła się do powstania zwiastuna, zadedykowany jest ten rozdział!)! Jeny, strasznie mi się podoba i oglądałam go chyba z milion razy. Do obejrzenia tutaj:

 
 

niedziela, 1 września 2013

Nagrobek 13

Między ziemią a niebem jest człowiek.
Z głową w chmurach, stąpając twardo, przewodzę
przez moje życie tę siłę, która czyni ciężkość lekką.
Baranek, który jest lwem, jestem piękną bestią.

~ Bisz, „Indygo


~ * ~
Moje usilne tłumaczenia ojcu, że wywiad, który ukazał się w „Famie różdżkarzy”, wybitnie mi się nie podoba, spotykały się zazwyczaj z lekceważącym machnięciem ręki. Ojciec upierał się, że czytał jego treść parę razy i nie widział w nim niczego złego. Dodatkowo przejrzał również wywiady z Jamesem i Colette, którzy, według niego, zostali zmieszani z błotem. Ja w jego opinii dostałam od redaktorów delikatne fory, które mogły wynikać z tego, że jestem Bułgarką.  Zastanawiałam się, czy mój ojciec jest taki głupi, czy tylko takiego udaje.
Z drugiej strony, musiałam przyznać, że najgorszy wywiad należał do Jamesa. Ku mojemu nieszczęściu, moje nazwisko powtarzało się w jego tekście tak regularnie, jak tylko było to możliwe. Autorzy natrętnie wałkowali temat niejakiego, cytuję, „głębokiego uczucia syna Chłopca z Blizną do Marybeth Krum”, zapominając chyba, że mieli pisać o turnieju a nie o miłosnych uniesieniach. Potter powiedział, że reporter zbudował fundamenty tej plotki przez to, że zanim przyszłam na zdjęcia, Colette spytała się Jamesa w obecności dwójki pracowników „Famy”, gdzie jest jego dziewczyna.
James i jego ojciec wysłali do „Famy różdżkarzy” list z prośbą o sprostowanie wywiadu i przeprowadzenie kolejnego – tym razem takiego, gdzie odpowiedzi wyszłyby z ust Jamesa, jednak do tej pory nie otrzymali listu zwrotnego. Mimo to Harry Potter zapewnił, że nie podda się tak łatwo i dołoży wszelkich starań, aby w gazecie pojawiło się stosowne wyjaśnienie w tej sprawie. Przy okazji pokłócił się znacznie ze swoim starszym synem, że ten wykazał wielką nieodpowiedzialność, zgadzając się na opublikowanie pod swoim nazwiskiem słów, które nie wyszły z jego ust. Zapewniał, że wystarczyło po niego pójść w dniu sesji i sprawdzania różdżek, a on, nauczony życiowym doświadczeniem, zrobiłby z reporterem porządek.
Kiedy dostaliśmy do rąk przeprowadzone już wywiady, nawet nam do głowy nie przyszło, aby wołać kogoś starszego. W końcu byliśmy pełnoletni. To oznaczało, że nasza inteligencja przewyższa wszystkich przynajmniej o połowę, a my sami pozjadaliśmy wszystkie rozumy świata.
Okazało się jednak, że nie tylko my doczekaliśmy się takowej uczty. Popis swojej wszechwiedzy zaserwowali wszystkim redaktorzy londyńskiego Proroka Codziennego, pisząc artykuły doprowadzające mnie do białej gorączki. Nienawidziłam czytać o sobie.
 
TURNIEJ TRÓJMAGICZNY. OSTATNI W HISTORII ŚWIATA MAGII?
 
Turniej Trójmagiczny ma za sobą bogatą tradycję. Jest to najstarsza forma rywalizacji międzyszkolnej, którą w trakcie organizacji żyje cała Wielka Brytania, Bułgaria i Francja. Raz na parędziesiąt lat trzech reprezentantów poszczególnych krajów rywalizuje o sławę, pieniądze i honor.
W tym roku wiadomo jednak, że dwóch zawodników zgłosiło się jedynie dla tego ostatniego. Jeszcze nigdy nie zdarzyła się taka sytuacja, aby dwójką reprezentantów było potomstwo zawodników poprzedniego Turnieju Trójmagicznego. Mówimy oczywiście o Marybeth Krum, córce dyrektora Durmstrangu Wiktora Kruma, oraz Jamesie Syriuszu Potterze, synu tymczasowego dyrektora Hogwartu Harry’ego Pottera. Przed laty to właśnie młody Potter pokonał starszego od siebie Kruma, co wywołało niemałą sensację w świecie magii. Jak będzie tym razem? Kto okaże się lepszy? Specjaliści i sędziowie uważają, że trudno jest to stwierdzić, jednocześnie apelując, aby czarodzieje nie zapominali o również niesamowicie zdolnej trzeciej zawodniczce – Colette de la Fonteine, której ojciec jest francuskim Ministrem Magii. Niestety, przez gwar otaczający Krum i Pottera o Francuzce ani trochę się nie wspomina. A może to ona zaskoczy wszystkich i już po pierwszym zadaniu obejmie punktowe prowadzenie?
Jednego możemy być pewni – tegoroczny Turniej Trojmagiczny będzie naprawdę emocjonującym wydarzeniem, który zapisze się w pamięci wielu czarodziejów. Organizatorzy zapewniają nas, że zadania są dostosowane do umiejętności młodych uczniów, jednak nie należą do najprostszych, co cieszy widownię, która oczekuje ekscytujących wrażeń. Mamy jednak nadzieję, że tegoroczny Turniej Trójmagiczny będzie na tyle bezpieczny, że żaden zawodnik nie przypłaci go życiem. Ministerstwa Magii zgodnie stwierdziły, że to ostatnia szansa dla takowego widowiska. Jeśli pociągnie ono za sobą i tym razem ofiary śmiertelne, już nigdy więcej nie zostanie zorganizowane. Miejmy więc nadzieję, że nic złego się nie wydarzy.
 
Redaktor Marcus Flint
 
 
MIŁOŚĆ WROGÓW?
 
Możemy zgodnie uznać, że wszyscy zawodnicy Turniejów Trójmagicznych na czas rywalizacji zamieniają się w swoich wrogów. Ale czy James Potter postanowił stać się wyjątkiem?
Ze sprawdzonego źródła dowiedzieliśmy się, iż starszy syn Potterów od jakiegoś czasu zwraca większą uwagę na swoją przeciwniczkę niż powinien. Na daną chwilę nie wiemy, jak zapatruje się na tę całą sytuację najważniejsza zainteresowana, czyli Marybeth Krum, ale nasze redaktorki już dziś zapewniają, że ta dwójka tworzyłaby całkiem ładną parę!
Życzymy powodzenia, panie Jamesie!
 
Redaktor Pansy Flint
 
 
ODSUNIĘCIE
 
Decyzją stołu sędziowskiego i sofijskiego Ministerstwa Magii, panowie Wiktor Krum i Harry Potter zostali zwolnieni z pomocy przy organizacji Turnieju Trójmagicznego z uwagi na uczestnictwo w konkursie swoich dzieci. Mimo tego zapobiegawczego środka, mającego uchronić tajemnice wszystkich trzech zadań, wiele czarodziejów uważa, że to zbyt mało. Wysoko postawieni magowie twierdzą, iż obaj panowie powinni również zniknąć ze składu sędziów, gdyż nie będą potrafili spojrzeć obiektywnie na poczynania swoich pociech. W ich miejsce wykonanie zadań będą oceniać wicedyrektorzy ich szkół. W chwili zamknięcia tego numeru Proroka Codziennego, nie wiedzieliśmy jeszcze, jaka jest dokładna decyzja bułgarskiego Ministra Magii.
 
Redaktor Pansy Flint
~ * ~
Pogoda była okrutna. Cały czas padał śnieg, choć biały puch sięgał już kolan, a silny wiatr uderzał bezlitośnie w moje oczy. Otwierałam je tylko co jakiś czas, żeby orientować się choć mniej więcej, czy idę w dobrą stronę. Tatę odgarniał przede mną śnieg różdżką, abym mogła iść po piaszczystej dróżce.
Na nogach miałam jedynie cienkie ciemnozielone rajstopy, a na stopach baleriny tego samego koloru, choć w jaśniejszym odcieniu. Założyłam również trawiastą sukienkę do połowy uda i, na całe szczęście, durmstrandzki płaszcz, bez którego zamarzłabym na śmierć. Wychwalałam teraz pod niebiosa jego grubość i długość, gdyż sięgał aż dwadzieścia centymetrów przed kostki.
 – Mam nadzieję, że jutro będzie tak samo. Przyda wam się trening quidditcha w ciężkich warunkach. Nigdy nie wiadomo czy będzie też padało podczas waszego meczu z Hogwartem i Beauxbatons – odezwał się ojciec, z zadowoleniem oceniając pogodę. Byliśmy już bardzo blisko punktu aportacyjnego, który mieścił się zaraz przed bramą. Oczywiście, nie dało się tak łatwo deportować w granicach Durmstrangu. Mój ojciec był strażnikiem tajemnicy, więc mogli tu przybywać tylko ci, którzy otrzymali od niego namiary na to miejsce. Stosowne informacje dla rodziców były umieszczane w zapieczętowanych listach.
 – Zamarzniemy zanim zdążymy oderwać się od ziemi – mruknęłam wręcz niedosłyszalnie pod nosem.
 – Bez przesady, zrobimy sobie solidną rozgrzewkę. A najwyżej zagracie w płaszczach. – Ojciec już po raz któryś udowodnił mi, że słuchu mogłoby mu pozazdrościć stado nietoperzy.
Już nic mu nie odpowiedziałam. Jak będzie coś chciał zrobić, to to zrobi – i nie da się go odwieść od jego pomysłu. Szłam więc tylko przed siebie, trzymając się kurczowo płaszcza ojca, aby wiedzieć, gdzie iść, ponieważ przy kolejnym mocnym podmuchu wiatru zamknęłam oczy.
 – Dobra, to już tu – oznajmił w końcu tata, zatrzymując się zaraz przy bramie. Zasłaniając sobie twarz dłonią, znów podniosłam powieki, a drugą ręką złapałam kurczowo przedramię ojca. – Raz – zaczął tata. - Dwa. I trzy! – Miał głupią manię odliczania, kiedy korzystaliśmy z teleportacji łącznej. Oczywiście, potrafiłam już sama przemieszczać się z miejsca na miejsce, aczkolwiek mój ojciec był więźniem starych przyzwyczajeń. Może nawet zapomniał, że swój kurs teleportacji przeszłam już cały rok temu?
W chwili, gdy znaleźliśmy się pod rezydencją Malfoyów, poczułam, że wiatr już nie uderza z całej siły w moją twarz, a śnieg nie opada na płaszcz. Mogłam jednak wciąż  wyczuć wilgoć w powietrzu i krople deszczu spływające po policzkach. Otworzyłam oczy, by powitać typową angielską pogodę.
Byłam już cała przemoczona. Miałam mokry płaszcz, baleriny, rajstopy i włosy. Jedynie sukienka wciąż pozostawała sucha, ponieważ ubrana została pod okrycie wierzchnie.
 – Możemy już tam wejść? – spytałam ojca, pokazując podbródkiem na drzwi wielkiej posiadłości. Musiała być to rezydencja Malfoyów, ponieważ w okolicy nie było żadnego innego domu. Dziwiłam się, że ktoś chce mieszkać na takim odludziu.
 – Tak, pewnie – zgodził się tata, ruszając z miejsca w kierunku wejścia do domu. Wręcz biegiem postarałam się go dogonić, ale udało mi się to dopiero pod drzwiami. Wtedy też mój tata zastukał dwa razy kołatką. W mgnieniu oka drzwi się otwarły, a w nich pojawił się mały, niski i krępy skrzat, który ukłonił się praktycznie do naszych stóp.
 – Witam, panie Krum. Dzień dobry, panienko Krum. Państwo Malfoyowie już państwa oczekują – oznajmił, podnosząc w końcu na nas wzrok. – Zapraszam! – przepuścił nas w progu.
Pamiętając o grzeczności, wytarłam porządnie buty w wycieraczkę, choć i tak były całe przemoknięte i na pewno niewiele to dało. Następnie zsunęłam z nóg baleriny, a tata pomógł mi ściągnąć płaszcz. Podaliśmy go małemu skrzatowi, który za niego podziękował, a następnie zniknął w dalszej części korytarza.
W tej samej chwili z najbliżej umiejscowionego pokoju wysunęła się cała trójka Malfoyów. Scorpius, najmłodszy z nich, był zupełnym klonem swojego ojca. Wyglądał kropla w kroplę jak on. Te same nosy, oczy i kształty twarzy, a nawet brwi i usta. Pan Malfoy zdecydowanie nie mógł wyprzeć się faktu, że Scorpius był jego synem. Pani Malfoy różniła się jednak zdecydowanie od swoich bliskich. Miała delikatne, brązowe loczki za ramiona, zgarbiony nos, dziurki w policzkach i kilka rzucających się w oczy zmarszczek. Wydawała się jednak bardziej pogodna i otwarta. W tej chwili uśmiechała się od ucha do ucha.
Ojciec Scorpiusa momentalnie przywitał się z moim, mówiąc, jak bardzo cieszy się z naszego przyjazdu. Natomiast do mnie podeszła drobna pani Malfoy, która pocałowała mnie w obydwa policzki.
 – Merlinie, nie jest ci zimno? – spytała momentalnie, łapiąc w obie dłonie jeden z kosmyków moich włosów, które były teraz niesamowicie mokre.
 – Nie, wszystko okey – skłamałam, siląc się na uśmiech. Miałam nadzieję, że ten durny obiad skończy się jak najszybciej.
Pani Malfoy nie spytała mnie nawet, czy chcę, aby wysuszyła mi włosy, tylko bez słowa wyjęła ze swojej kieszeni różdżkę i dotknęła jej końcem moich kosmyków, szepcząc pod nosem jakieś zaklęcie. 
 – Dziękuję – wybełkotałam zaskoczona.
 – Nie ma za co – uśmiechnęła się do mnie jeszcze szerzej, a następnie odwróciła się w kierunku swojej pociechy. – Synku, przedstaw się koleżance – zachęciła go, co wyglądało z boku dość komicznie.
Chłopak powstrzymał się od wywrócenia oczami, a następnie do mnie podszedł i wyciągnął w moim kierunku dłoń.
 – Scorpius Malfoy – odparł jakby od niechcenia.
 – Marybeth Krum. Miło poznać. – Również wysunęłam swoją rękę i dotknęłam nią dłoni chłopaka. Była bardzo ciepła, a moja wciąż zimna i mokra od deszczu.
 – W takim razie, zapraszam gości na obiad! Nasz skrzat naprawdę bardzo się postarał! W końcu taka niecodzienna okazja. – W tym miejscu pani Malfoy spojrzała znacząco w moją stronę. Zerknęłam na nią z zaskoczeniem. O jakiej niecodziennej okazji mówiła? Przecież ojciec tłumaczył mi, że to zwykły obiad, typowe spotkanie z nowopoznanymi, ale intersującymi ludźmi.
Z podejrzliwym spojrzeniem ruszyłam w kierunku wskazanym przez panią domu.
~ * ~
Obiad był naprawdę wystawny. Sama nie potrafiłam zdecydować się na jedno danie. Wymyślne i oryginalne potrawy zostały podane na eleganckich półmiskach i w klasycznych wazach. Cała zastawa przywodziła na myśl stół z dawnych lat i z pewnością nie wyglądała na taką, z której korzystałoby się codziennie ani nawet co niedzielę. Wydawało mi się, że została przydzielona do zadań specjalnych.
Atmosfera podczas posiłku była raczej drętwa. Do momentu skończenia obiadu przez wszystkich, nikt się nie odzywał, chyba że po to, aby poprosić o podanie czegoś. Dopiero kiedy domowy skrzat zabrał wszystkie brudne talerze i dania ze stołu, a w zamian przyniósł herbatę oraz różnego rodzaju ciasta, tata i pan Malfoy zaczęli dyskutować o organizacji Turnieju Trójmagicznego. Pani Malfoy przybliżyła się wtedy do krzesła męża i zaczęła przysłuchiwać się rozmowie, jednak ani przez chwilę się do niej nie wtrącała.
Ja natomiast nalałam sobie do porcelanowego kubeczka trochę herbaty, a następnie zaczęłam w niej mieszać łyżką, choć nie dosypałam do niej cukru. Chciałam się czymś zająć, a to było dobre rozwiązanie, ponieważ musiałam uważać, aby łyżka niezbyt często i mocno uderzała o ścianki kubka. Dźwięk, który powstawał podczas takiego mieszania, bardzo denerwował ojca.
Kiedy moja ręka zmęczyła się już monotonnym ruchem, rozmowa mężczyzn zeszła na tematy czysto polityczne. Obydwoje zaczęli teraz żarliwie omawiać plusy i minusy wyboru nowego Ministra Magii w Niemczech. Znudzona odłożyłam swój kubek na bok i wyprostowałam się, pamiętając, że mam problemy ze zgarbionym karkiem.
 – Widzę, że przestało padać – odezwała się nagle pani Malfoy, odwracając lekko głowę w kierunku okna. I ja spojrzałam w tamtą stronę. Rzeczywiście się rozpogodziło, choć ziemia wciąż była mokra. – Może wyszlibyście razem na spacer, póki jest ładna pogoda? – Kobieta skorzystała z przerwy w rozmowie swojego męża i mojego ojca, aby zaproponować mi i Scorpiusowi rozwiązanie na spędzenie czasu.
Spojrzałam na blondyna, aby zobaczyć, co myśli o propozycji swojej matki. Miałam nadzieję, że wyśmieje jej pomysł. Strasznie nie chciałam iść z nim sam na sam na spacer. W ogóle go nie znałam. Już mogłam sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała nasza rozmowa.
Niestety, Scorpius wzruszył tylko ramionami, a gdy napotkał wzrok swojego ojca, odezwał się miłym tonem:
 – Pewnie, bardzo chętnie, mamo.
Chłopak wytarł serwetką usta i podniósł się od stołu.
 – Tylko że… Ja w sumie nie mam odpowiednich butów do wyjścia na taką chlapę – odparłam zgodnie z prawdą. Założyłam baleriny, ponieważ jako jedyne pasowały mi do sukienki. Postanowiłam, że przemęczę się już w drodze od swojego pokoju do punktu aportacyjnego w Durmstrangu, ale nie uśmiechało mi się wyjście w tych butach na morką ziemię, skoro nie było takiej konieczności.
 – Ach, tak. Widziałam, masz baleriny – odpowiedziała ze zrozumieniem kobieta. Wydawało mi się, że chyba ją polubiłam. Była całkiem miła i sympatyczna, czego nie mogłam powiedzieć o jej mężu. Miał lekceważący ton głosu i odzywał się oschle, nie robiąc na mnie dobrego wrażenia. Przez myśl przeszło mi na samym początku, że trzyma swoją żonę na dystans. – Ale nie martw się, mogę pożyczyć ci jakieś swoje buty. Jaki masz rozmiar? – uśmiechnęła się pogodnie.
Westchnęłam ciężko w duchu.
 – Czterdziesty.
Kobieta zrobiła przepraszającą minę.
 – To ci jednak nie będę mogła pożyczyć… - powiedziała. – Ale Scorpius ma czterdziesty pierwszy. Zaraz przyniosę ci jakieś jego buty. – Ucieszyła się ze swojego pomysłu i od razu wstała od stołu, aby za moment zniknąć za drzwiami jadalni. Ledwie co powstrzymałam się od otworzenia szeroko ust z zaskoczenia. Miałam wielką nadzieję, że moje baleriny będą idealnym pretekstem do pozostania w rezydencji Malfoyów. Pani domu wybitnie jednak zależało, abym znalazła się z jej synem sam na sam.
Spojrzałam znacząco na Scorpiusa ze smutnym grymasem, który wykrzywiał moją twarz. Chłopak westchnął tylko, kiedy zobaczył, że przeniosłam na niego wzrok, i wydawało mi się przez moment, że zrobił przepraszającą minę. Nasi ojcowie wrócili w tym czasie do swojej rozmowy.
Po chwili w drzwiach jadalni pokazała się pani Malfoy trzymająca w jednej dłoni parę czerwonych trampków.
 – Scorpius, Marybeth, chodźcie! – zawołała nas, nie podnosząc tonu głosu.
Pan Malfoy zerknął znacząco na swojego syna, który zrozumiał chyba jego spojrzenie, bo podniósł się z miejsca i obszedł stół, aby stanąć za moim krzesłem i lekko je odsunąć.
 – Proszę. Rozmiar czterdzieści i pół. Powinny być ci dobre. – Matka Scorpiusa wyciągnęła do mnie buty swojego syna, zanim jeszcze zdążyłam pokonać pół dzielącej mnie i ją drogi.
– Dziękuję – odparłam, gdy już w końcu złapałam za trampki. Wyglądały na mało noszone i bardzo zadbane. Nie miały żadnych plam na materiale ani startej z tyłu gumy. Były dość zwyczajne, ale całkiem ładne. Dodatkowo od wewnętrznej strony miały wprasowany okrągły znaczek z pięcioramienną niebieską gwiazdką.
Przymierzałam je wolno, mając nadzieję, że podczas mojego przygotowania się na spacer zacznie na powrót lać. Niestety, w chwili gdy zawiązałam zaklęciem obydwa buty, wciąż była ta sama ładna pogoda. Szlag.
 – A nie masz nic na ramiona? – spytała mnie jeszcze matka Malfoya, patrząc na moją sukienkę. 
 – Mam płaszcz, jednak na angielską pogodę jest zdecydowanie za gruby. Ale nie jest mi zimno, naprawdę – zastrzegłam szybko, aby nie zostać jeszcze uraczona kolejnym elementem ubioru z domu Malfoyów.
 – Tutaj jest ci ciepło, ale na dworze to co innego – wytłumaczyła mi jeszcze kobieta i sięgnęła do wieszaka, na którym wisiała jakaś gruba flanelowa koszula w dużą kratę. Brunetka złapała ją i wystawiła w moim kierunku. – Weź, Scorpius ma taką jeszcze jedną. – Miałam już dość tego jej ciągłego uprzejmego uśmiechania się. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że ten uśmiech może być sztuczny; jakby doklejony.  
 – Dziękuję – mruknęłam z niechęcią, przerzucając sobie na razie materiał przez rękę jak kelner czyni to z białą serwetką.
 – Miłego spaceru życzę – oznajmiła jeszcze pani Malfoy, otwierając przed nami drzwi wejściowe. Przygryzłam dolna wargę i z wielkim niezadowoleniem na twarzy, którego kobieta chyba nie zauważała, wymaszerowałam z rezydencji w nie swoich trampkach. A za mną Scorpius.
Jeśli do tej pory czułam się skrępowana, teraz miałam dopiero poznać, co tak naprawdę słowo „skrępowanie” oznacza.


niedziela, 18 sierpnia 2013

PRZEPRASZAM!


Po prostu nie mam pojęcia, jak mogę zacząć ten post. Co chwila bazgram coś na wordowskim arkuszu i po chwili zmazuję to z zapałem, korzystając z klawisza „backspace”.

Jestem beznadziejna.

Bałam ciała.

Przepraszam.

Nie chcę się tłumaczyć i nie będę się tłumaczyć. Nie zamierzam wymawiać się brakiem czasu, natłokiem dodatkowych zajęć, presją szkoły, nawałem wszelakiej roboty… Nie. Gdybym chciała, na pewno udałoby mi się wyłuskać trochę czasu na blogowanie. Z całą pewnością dałabym radę przeczytać przed snem dwa-trzy nowe rozdziały na Waszych blogach, a w weekend zamiast czasem znikać od rana do wieczora z domu udałoby mi się coś wrzucić do siebie. Ale nie wiem, czemu tego nie zrobiłam. Im więcej miałam zaległości na Waszych blogach, tym bardziej bałam się wrócić do blogosfery… Bałam się za jakieś zlinczowanie czy coś…

Na pewno nie próżnowałam przez ten czas, bo napisałam dłuuuuugie opowiadanie przygodowo-detektywistyczne, ale mimo wszystko mam do siebie ogromny żal, że odpuściłam sobie blogi. Miałam tym większe wyrzuty sumienia, gdy czytałam Wasze komentarze pod ostatnią notką oraz Wasze wiadomości na moim gadu… Dziękuję, że namawialiście mnie do powrotu.

Tą notką ogłaszam niniejszym wielki come back Leszczyny! ; >

Mam nadzieję, że starzy czytelnicy, o ile jeszcze są w blogosferze, wrócą do mnie i tego opowiadania, ale i przybędą nowe osoby, które zechcą towarzyszyć Marybeth Krum w jej przygodzie związanej z durmstrandzkim Turniejem Trójmagicznym.

Nowe notki będą pojawiać się w co drugą niedzielę, zaczynając od 1 września. Przez końcówkę wakacji zamierzam uporządkować tego bloga od części technicznej, poprawić stare rozdziały oraz ponadrabiać zaległości na Waszych blogach.

Kooooooocham!

Leszczyna <3

piątek, 4 stycznia 2013

Nagrobek 12


Z jednej strony życie toczyło się niezwykle zwyczajnie, zmuszając mnie do nauki, odrabiania zadań, ćwiczenia z ojcem quidditcha zarówno na treningach indywidualnych, jak i na tych, na których zbieraliśmy się z całą drużyną Durmstrangu, aby złączyć siły w walce o zwycięstwo, z drugiej jednak nic nie było jak kiedyś. Moi starzy znajomi mijali mnie na korytarzach, albo wpatrując się we bezczelnie z nieciekawymi minami, albo specjalnie udając, że jestem przezroczysta. Nie odzywali się do mnie od tamtej pamiętnej rozmowy, choć niejednokrotnie zauważyłam, że chcieliby mi coś powiedzieć. Nie żałowałam jednak, że tego nie robią, bo po ich wyrazach twarzy mogłam zdecydowanie uznać, że to „coś” na pewno nie było niczym miłym. Za to nowi… Oni byli ludźmi niezwykłymi. Nie bałam się użyć tego stwierdzenia. Po prostu uważałam ich za oryginalne charaktery, które do wystroju Durmstrangu po prostu nie pasowały. No, może Albus nie był „edycją limitowaną” albo „białym krukiem”. Ale Albus był… mój.
Sama dziwiłam się samej sobie, że tak szybko uznałam go za kogoś bliskiego. Spędzaliśmy ze sobą praktycznie całe dnie, nie lubiąc się rozstawać. To już nie była sztywna relacja na zasadzie „Hej, masz okno? O, serio masz? To idę do ciebie zapalić!”, to już była… Nie, dobra. Wciąż nie byłam gotowa do tego, aby użyć słowa „przyjaźń”. Nadtrute zaufanie dawało o sobie znać.
Miałam wrażenie, że Albus jest taki jak ja. Zagubiony w tym wszystkim, co go otacza. Nieco zamknięty w sobie. Posiadał swój świat i swoje kredki, nie chcąc, aby ktokolwiek wpierdzielał się w jego życie ze swoimi flamastrami. Czułam się dumna, że zaakceptował moje pastele i pozwolił, abym zobaczyła jego wielki, biały arkusz, na którym chłopak malował swoje życie.
Aż dziwiło mnie, że bracia w podobnym wieku potrafią się aż tak od siebie różnić. Albus i James byli dwoma różnymi światami. Choć obydwoje buntowali się przed losem, robili w dwa zupełnie różne sposoby – młodszy z rodzeństwa po cichu, powoli, bez rozmachu, a starszy ogłaszając swoje poczynania wszem i wobec w stronę całego świata, jakby przez megafon.
Mimo wszystko nie ukrywam, że polubiłam ich obu, oczywiście w różnym stopniu. James wciąż zachowywał się w stosunku do mnie nie tak, jak chciałam, ale kiedy znajdowaliśmy się w towarzystwie Francuzek i większości Hogwartczyków, można było dojść do wniosku, że Potter jest całkiem spoko facetem. Owszem, czasem przesadzał. Na przykład, wczoraj wysłał mi na transmutacji latające, papierowe serduszko z zaproszeniem na wspólny wypad na Ukrytą, który został zaplanowany przez mojego ojca na następną sobotę. Z początku obawiałam się, że to kolejny dowcip Iana, ponieważ James dobrze odgrywał swoją rolę i zaraz po przesłaniu „prezentu”, udał, że zaintrygowała go mocno wzmianka w podręczniku o czarownicy Kirke, a że Ian ostatnio miał manię na wysyłaniu ludziom podarków, które po pewnym czasie wybuchały…
W sumie doszłam do wniosku, że wolałabym, aby to serduszko było od Iana i w końcu wychuchało mi w rękach. Tym bardziej, że James podszedł do mnie zaraz po lekcji i spytał czy zgadzam się na jego propozycję, a ja nie zdążyłam nawet przemyśleć, jak dać mu delikatnie do zrozumienia, że nie mam ochoty iść razem z nim. Na szczęście kawałek ode mnie plątał się Albus, na którego wymownie wskazałam podbródkiem i skłamałam:
- Twój brat pytał mnie już o to rano. Sam rozumiesz…
James udawał, że zrozumiał. Przytaknął na moje słowa powolnym ruchem głowy, wpatrując się w Albusa zaskoczonym wzrokiem. Jeszcze raz wysłałam w kierunku starszego Pottera przepraszające spojrzenie, ale on nie odpowiedział na nie, a odszedł jedynie na tyle, aby znieść godnie swoją porażkę za moimi plecami. Dopiero późniejszym wieczorem dowiedziałam się, jaka jestem samolubna, gdy po oznajmieniu Albusowi, że został wybrany większością głosów na mojego towarzysza w wyjściu na Ukrytą, okazało się, że chłopak przymierzał się, aby zaprosić jakąś dziewczynę z Beauxbatons. Niechętnie odpowiedziałam mu, że w takim razie pójdę z Lily i Rose, o ile nie planują one wplątać się w towarzystwo Durmstrangczyków (a na pewno planowały), jednak Albus okazał się na tyle dla mnie dobry, że powiedział, iż z tajemniczą nieznajomą wybierze się przy najbliższej lepszej okazji.
Czekając, aż Jamesowi wreszcie przejdzie jakieś niewyjaśnione uczucie skierowane w moją stronę, zaczęłam zauważać, że mojemu Albusowi chyba ktoś się spodobał, ale postanowiłam, że poczekam, aż chłopak sam zacznie mi o tym kimś opowiadać. Nie lubiłam wyciągać z nikogo informacji.
Ach, i w końcu dowiedziałam się, dlaczego James siedzi po raz drugi w ostatniej klasie. Owszem, nie zdał eliksirów, ale nie dlatego, że nie miał zupełnego talentu do tego przedmiotu. Po prostu… miał romans z młodą, aczkolwiek zawistną nauczycielką tego przedmiotu. Albus mówi, że profesorka jest bardzo atrakcyjna i zachowuje się kokieteryjne w stosunku do każdego przystojniejszego ucznia, choć potrafi ukryć swoje zachowanie przed resztą grona nauczycielskiego i dyrekcją. No a James, jak to James, zwyczajnie poddał się jej czarowi, następnie ją… rzucając jak zepsutą zabawkę.
- Byś to widziała! Wiem, że krążyły anegdoty, że James błagał ojca na kolanach, aby ten nie załatwiał mu komisa przed specami z Ministerstwa. I to naprawdę była prawda! James nie chciał, aby wyszedł na jaw jego krótki romans, zresztą ojciec do dziś o niczym nie wie. Gdyby się dowiedział, wyrzuciłby tę kobietę na bruk. A ona nawet spoko uczy.
- I można się pogapić na jej piersi? – zasugerowałam, mimowolnie spoglądając w dół na swoją podpiętą aż pod szyję szatę.
- Aż tak nisko mnie oceniasz? – Udał oburzoną minę. Spojrzałam na niego, wywracając oczami. To ja wychowałam się w męskiej szkole, nie on. Wiedziałam, co chłopaki chowają pod poduszkami.
~ * ~
- Ustaw się jakoś naturalnie, błagam. Nie mamy całego dnia – odparł znudzonym głosem znudzony reporter ze znudzonym wyrazem twarzy, który we wszystkim, co robił, podkreślał swoje znudzenie. Stał tuż obok fotografa, który próbował zrobić zdjęcie wszystkich trzech reprezentantów Turnieju Trójmagicznego.
- Przecież stoję naturalnie. – Wzruszyłam ramionami, przekrzywiając lekko głowę na bok. Już od chwili, kiedy dowiedziałam się, że dziś przyjeżdża redakcja głównego oddziału Proroka Codziennego, aby przeprowadzić z nami wywiady i zrobić sesję zdjęciową, wiedziałam, że to będzie jeden z tych dni, które zapiszą się w mojej pamięci jako najgorsze.
- Stoisz prawie na baczność! – zauważył jednak reporter.
- Gdybyśmy mieli więcej niż jedno krzesło, mogłabym… - Mężczyzna nie pozwolił mi dokończyć.
- To Fonteine przyniosła jedno krzesło, więc do niej miej pretensje. Zresztą krzesło jest nam potrzebne tylko do jednego ujęcia. Żebyście byli jakoś ładnie pokazani na głównej stronie Proroka.
- De la Fonteine – poprawiła go automatycznie Colette, odrzucając włosy do tyłu.
- Bez różnicy. Idź lepiej pokaż Krum, jak ma stanąć, bo zaraz zwariuję – warknął reporter, spoglądając na zegarek. Nie tylko jemu się śpieszyło. Ja również z przyjemnością opuściłabym już to duszne pomieszczenie. Po co komu te chore zdjęcia? Skoro pracuje się nad nimi tak długo, a ludzie poświęcą im zapewne parę sekund swojego czasu, to w jakim celu się je w ogóle robi?
- Najpierw powiedz „de la Fonteine”! – uparła się jak dziecko Colette, nie zamierzając się podnosić z kolan Jamesa, na których siedziała. Pominęłam moment, kiedy reporter i Francuzka przeszli do siebie na ty.
- Dobra, nie rób scen, tylko współpracuj – oburzył się reporter, jednak po chwili, widząc nieustępliwą minę Colette, dodał: - de la Fonteine.
Zadowolona dziewczyna uniosła się więc ze swojego miejsca i stanęła bliżej mnie.
- Możesz oprzeć łokcie o oparcie, a dłonie ułożyć na policzkach – zaproponowała z wyższością, demonstrując mi tę pozę. – Tylko wypnij trochę tyłek w bok, bo na razie wyglądasz jakby coś cię zamroziło! – skwitowała, poprawiając swoje włosy i robiąc dodatkowo nieco zalotną minę do zdjęcia. Westchnęłam cicho i postarałam się stanąć identycznie jak ona. Nie przejmując się podłamanym spojrzeniem reportera, wciąż próbowałam wypaść jak najlepiej, mimo że w sumie mi na tym nie zależało.
Mężczyzna przejechał otwartą dłonią po swojej twarzy.
- Dobra, zmiana planów. De la Fonteine idzie za krzesło, a Krum na kolana Pottera – zadecydował, patrząc w stronę fotografa. Ten nie odzywał się od początku, więc i teraz przyjął decyzję swojego szefa bez słowa.
- Nie! – wykrzyknęłyśmy z Colette wręcz w tej samej chwili. Znalazła się choć jedna kwestia, w której byłyśmy jednogłośne.
- Nie ma żadnego nie! Dalej, drogie panie, naprawdę się śpieszymy. Jak się będziesz ociągać, Fonteine, to nie starczy czasu na twoją prywatną sesję – oznajmił krótko, nawiązując do tego, że, widząc zdolność do pozowania Francuzki, zaproponował jej osobistą sesję, którą odsprzedałby potem do „Czarownicy”. Dziewczyna przystała wtedy na to z wielkim entuzjazmem. Widać, że i teraz obiecane zdjęcia stały się doskonałym szantażem.
- Dobra, niech już wam będzie – odparła z nieukrywaną złością Colette, wręcz wypychając mnie z kadru.
- Mnie nie ma pan czym zaszantażować. – Od razu zastrzegłam.
- Dobra, Krum, nie wygłupiaj się, tylko siadaj! – oznajmił reporter stanowczo, wskazując mi swoją prawą ręką na krzesło zajęte przez Jamesa.
Nie musiał mnie szantażować, jego ton głosu w zupełności wystarczył.
Usiadłam więc na kolanach Jamesa z obrażoną miną i splecionymi ze złości rękoma na piersi. Głowę miałam wysoko podniesioną do góry, a wzrok wycelowany w prawy górny róg pomieszczenia. Moje nogi nie dotykały podłogi, zwisając jedynie bezwładnie, przez co Potter musiał podtrzymywać mnie z tyłu, abym nie spadła. On w przeciwieństwie do mnie czerpał niezłą zabawę z całego tego zdjęcia. Miał uśmiechniętą minę, a w jego oczach tańczyły radosne ogniki. Wolną ręką targał sobie włosy. Jak się potem okazało, Colette stała za nami z wściekłym wyrazem twarzy, zaciskając mocno palce na oparciu krzesła i przygryzając wargę aż do krwi. Miała lekko zmrużone oczy i wyglądała jak tygrysica gotowa do walki o swoje młode.
- Genialnie! – wykrzyknął w końcu fotograf, którego podejrzewałam już o to, że jest niemową. Kiedy wszyscy w trójkę zobaczyliśmy wykonane zdjęcie, musieliśmy zgodnie przyznać, że mimo wszystko wyszło rzeczywiście niesamowite, choć Colette upierała się, że gdy staje się zła, to robi się naprawdę czerwona na twarzy. Reporter zapewnił ją jednak w imieniu fotografa, że większość zdjęć wrzucanych na pierwszą stronę Proroka Codziennego jest poddanych drobnemu retuszowi, co potwierdził, stukając różdżką w moją zgarbioną sylwetkę na zdjęciu, prostując ją nieco.
- Tu macie wywiady ze sobą. Zapoznajcie się z nimi, wprowadźcie ewentualnie jakieś poprawki, może uwzględnię. A potem podejdź, Fonteine, do nas, to przeprowadzimy sesję do Czarownicy – oznajmił szybko reporter, znów zerkając przelotnie na zegarek i wręczając każdemu z nas kartkę A4 z zapisanym drukiem, a następnie odszedł do fotografa, który rozpakowywał właśnie swoje śniadanie.
- Wywiady ze sobą?! – zdziwiła się momentalnie Colette, biegając wzrokiem po tekście. Wymieniliśmy z James zdziwione spojrzenia. – Oni tu piszą, że jestem modelką w mugolskim świecie, a jestem FOTOMODELKĄ! I ciągle używają nazwiska bez arystokrackiego przedrostka! W moim wywiadzie koniecznie muszą być poprawki – oznajmiła Colette i wydęła usta. Starałam się nie zwracać na nią uwagi, a skupić się bardziej na tekście, który ktoś wypowiedział za mnie, ale podpisał moim nazwiskiem.
- Zastanawiam się czy mają do tego w ogóle prawo? Ale w sumie kto im udowodni, że to nie my powiedzieliśmy te słowa? – myślałam głośno.
- Ty też masz tam pytanie o presję ze strony ojca? – spytał nagle James, wodząc wzrokiem po tekście z nieciekawą miną. Zacisnął usta w wąską linię.
- Tak – odpowiedziałam po chwili, odnajdując odpowiedni fragment. – „Nie czuję żadnej presji. Nie wyobrażam sobie, abym miała pokonać Jamesa Pottera tylko dlatego, żeby zemścić się na jego ojcu, który pokonał ponad dwadzieścia lat temu mojego tatę. Interesuje mnie tylko teraźniejszość, więc chcę wygrać Turniej Trójmagiczny dla własnej satysfakcji.” – przeczytałam swoje słowa.
- Ja mam nawet zgodnie z prawdą: „To że mój ojciec pokonał kiedyś Wiktora Kruma, nie oznacza, że chcę pogrążyć rodzinę Krumów, wygrywając w tym roku z Marybeth Krum. Mój ojciec to zupełnie inna historia. Chcę stworzyć własną, zwyciężając w Turnieju Trójmagicznym”, choć trochę to brzydko ujęli słowa. Przykro mi, że wrzucili tu twoje nazwisko.
- Daj spokój, u mnie też jest twoje – uśmiechnęłam się, wczytując dalej w wywiad. Musiałam przyznać, że był nudny jak flaki z olejem, ale nie zawierał niczego, o co mogłabym się wykłócać. Treść była mało fascynująca, co niezmiernie mnie zdziwiło. Prorok powinien zaciekawić swoich czytelników. Czemu więc napisał coś takiego, skoro tak naprawdę mógł włożyć w nasze usta każde inne wypowiedzi?
- Poprawiasz coś? – Padło pytanie ze strony Jamesa skierowane w moją stronę.
- Wszystko! – odpowiedziała za mnie Colette, siedząc z długopisem i kreśląc przeróżne fragmenty wywiadu. – Muszę dopisać też jedno pytanie, bo bardzo chciałabym udzielić na nie odpowiedzi. Mam nadzieję, że się nie obrażą – mruknęła, wracając z zapałem do swojej pracy. Obserwowałam ją przez chwilę, starając się nie wybuchnąć śmiechem.
- Ja nic nie będę poprawiać. Nie podoba mi się parę sformułowań, ale wątpię, że uwzględnią moje poprawki – oznajmiłam krótko, ruszając w stronę reportera.
- Ja też nic nie poprawię. Choć pytanie „Czy mimo że nie masz blizny na czole, czujesz się nie mniej wyjątkowy od swojego ojca?” wybitnie mnie zaskoczyło – oznajmił, kiedy odkładaliśmy kartki na stół. Po zweryfikowaniu naszych wywiadów usiedliśmy pod ścianą, aby przeczekać obowiązek Fonteine.
Sesja Colette miała jeden dobry skutek – musieliśmy na nią czekać, ponieważ zaraz po tym miało się odbyć sprawdzenie różdżek i jakieś tajemnicze losowanie, którego szczegółów nie chciano nam zdradzać. A że musieliśmy na nią czekać – nie mogliśmy powrócić już tego dnia na lekcje.
Przy końcu zdjęć dziewczyny, do pomieszczenia wszedł mój ojciec, prowadząc ze sobą nieznanego mi mężczyznę w średnim wieku i trójkę ludzi, których kojarzyłam już z tego pamiętnego wieczora po wybraniu wszystkich reprezentantów. Byli to Dean Thomas, Mario Popovi oraz Fleur Weasley. Później okazało się, że nieznajomy mężczyzna to spadkobierca sklepu Gregorowicza, który miał swoją siedzibę na Ukrytej. Moja różdżka została wykonana na zamówienie, a przysłana została sową, więc nigdy nie miałam okazji odwiedzić bułgarskiej wytwórni.
Syn Gregorowicza kazał nam po kolei podawać swoje różdżki i powiedzieć mu, jakie one są. Najbliżej stojący jego James rozpoczął kolejkę.
- Jedenaście cali, dąb, włókno z serca smoka, odpowiednio giętka, idealna do transmutacji – oznajmił chłopak, patrząc wyczekująco na mężczyznę. Ten sprawdził ją w swoich dłoniach, dokładnie ją oglądając, a następnie wymierzył ją leżącą na stole kanapkę, którą pozostawił fotograf, i wypowiedział zaklęcie Duro. Przedmiot momentalnie zamienił się kamień.
- Jest w porządku. To robota Ollivandera, prawda? – uśmiechnął się Gregorowicz.
- Tak. Jedna z najstarszych jego różdżek. Sam dziwił się, dlaczego do nikogo nie pasuje – odpowiedział Potter, odbierając od mężczyzny swoją własność i zwalniając mi miejsce.
- Trzynaście i pół cala, wiśnia, włos z głowy wili, bardzo sztywna, idealna do klątw – rzuciłam jakby od niechcenia. Gregorowicz wyjął z kieszeni gruby sznurek i położył go przed sobą na ziemi, a następnie szepnął zaklęcie Erecto, co spowodowało się natychmiastowe wyprostowanie się sznura.
- Również okey. Znam tę różdżkę. Sam ją wykonywałem. Była na zamówienie, prawda? – spytał, a ja przytaknęłam na jego słowa. – To włos twojej matki, tak? – spytał, a ja poczułam, że stąpa po grząskim gruncie. Włos, który miałam w różdżce, był jedyną pamiątką mojego ojca po mamie. Doceniałam to, że oddał mi go jako rdzeń.
- Owszem – odparłam, siląc się na obojętny ton i spoglądając w stronę ojca. Ostatnia do sprawdzenia podeszła Colette, której różdżka również okazała się w porządku. 
~*~
WYWIAD Z MARYBETH KRUM, REPREZENTANTKĄ DURMSTRANGU W TURNIEJU TRÓJMAGICZNYM
Marcus Flint: Mary, nie ukrywajmy, jesteś sławna już od momentu swojego narodzenia. Czy sława cię nie przytłacza?
Marybeth Krum: Nie, myślę, że nie. Lubię to uczucie. Cieszy mnie, że jestem uważana za osobę sławną. Mam nadzieję, że będę jeszcze bardziej rozpoznawalna po moim udziale w Turnieju Trójmagicznym.
M.F.: Czyli potwierdzasz rozpowszechnioną plotkę, że wystąpisz w nim głównie dla sławy?
M.K.: Oczywiście, że nie tylko dla niej. Tu tak naprawdę chodzi o chęć rywalizacji i pragnienie zwycięstwa. Chciałabym po prostu wygrać. Jeśli miałabym do wyboru pierwsze miejsce i brak sławy oraz sławę i miejsce ostatnie, naturalnie wybrałabym opcję numer jeden.
M.F.: Czy chęć zwycięstwa została wzmożona przez udział w Turnieju Trójmagicznym Jamesa Pottera (ojciec Jamesa, Harry Potter, wygrał ponad dwadzieścia pięć lat temu z ojcem Marybeth, w Turnieju Trójmagicznym organizowanym w Hogwarcie – przyp. red.)?
M.K.: Muszę przyznać, że ma pan całkowitą rację. Tu nie chodzi jednak o zazdrość, jak niektórzy błędnie myślą. Chcę po prostu obronić honor rodziny Krumów, pokazując, że nie każdy Potter musi być od razu we wszystkim najlepszy.
M.F.: Rozumiem.  A jak na daną chwilę oceniasz swoje szanse?
M.K.: Myślę, że jestem najlepiej przygotowana ze wszystkich zawodników. Posiadam wiedzę zarówno teoretyczną, jak i praktyczną. Potrafię zachować zimną krew w każdej sytuacji i nie boję się żadnego wyzwania. Dostałam najlepsze wykształcenie z całej trójki, ponieważ uczęszczam do elitarnej placówki, jaką jest Durmstrang. Uważam, że to wszystko, co wymieniłam, daje mi znaczną przewagę nad przeciwnikami.
M.F.: Mówisz „Nie boję się żadnego wyzwania”. Wiadomym jest, że przedtem prawie w co drugim turnieju ginęli ludzie. Czy obawiasz się, ze tym razem może być podobnie?
M.K.: <śmiech> Śmierć nie jest mi straszna. Proponuję skierować to pytanie do moich współzawodników, może oni z większą chęcią opowiedzą o swoim strachu.
M.F.: Z pewnością to zrobię. Jednocześnie serdecznie dziękuję za rozmowę.
M.K.: Ja również.
Rozmawiał: Marcus Flint
Gniotąc Proroka w dłoni, wyszłam ze swojego pokoju, trzaskając mocno drzwiami. Zapomniałam nawet o zamknięciu zamka na zaklęcie. Byłam zbyt roztrzęsiona. Ten pieprzony reporter opublikował zupełnie inny wywiad, niż ten, którego miałam okazję przeczytać!
Czułam się okropnie. Co pomyślą sobie o mnie ludzie, po przeczytaniu takich napuszonych i pełnych wiedzy o własnej wszechwiedzy wypowiedziach? Zostałam przedstawiona tu w zupełnie innym świetle, ze strony, której nigdy nie posiadałam. To musiało być karalne! Nie można sobie przecież wrzucać jakichś wywiadów, które polegają na fikcyjnych wypowiedziach obrażających czarodziejów! To chyba można gdzieś zgłosić, prawda?
- O, Mary, dobrze, że cię widzę! Musimy porozmawiać! – Zza zakrętu korytarza wyłoniła się postać Jamesa. Spojrzałam na przedmiot, który trzymał w ręku. Prorok.
- U ciebie też?
- U mnie też.
~ * ~
Zastanawiam się nad dodatkiem  do Proroka codziennego , czyli bonusem w postaci jednej notki zatytułowanej „Prorok codzienny zgłębia tajemnice tegorocznego Turnieju Trójmagicznego!”
Lubię tę notkę… Więc cieszę się, że mogę ją Wam zaprezentować ;)
Jestem chora, buuu. Wczoraj z gorączką i ostrym bólem gardła chodziłam z kolędą. Jeszcze nas jakaś babcia na kolację zaprosiła, ale musiałam odmówić (dostałam jakieś pierniki i mandarynkę na drogę xD), bo już nie dawałam rady. Ale przynajmniej zarobiłam 91 zł ; )

ZNICZE