Z głową w chmurach, stąpając twardo, przewodzę
przez moje życie tę siłę, która czyni ciężkość lekką.
Baranek, który jest lwem, jestem piękną bestią.
~ Bisz, „Indygo”
~ * ~
Moje
usilne tłumaczenia ojcu, że wywiad, który ukazał się w „Famie różdżkarzy”,
wybitnie mi się nie podoba, spotykały się zazwyczaj z lekceważącym machnięciem
ręki. Ojciec upierał się, że czytał jego treść parę razy i nie widział w nim
niczego złego. Dodatkowo przejrzał również wywiady z Jamesem i Colette, którzy,
według niego, zostali zmieszani z błotem. Ja w jego opinii dostałam od
redaktorów delikatne fory, które mogły wynikać z tego, że jestem Bułgarką. Zastanawiałam się, czy mój ojciec jest taki
głupi, czy tylko takiego udaje.
Z
drugiej strony, musiałam przyznać, że najgorszy wywiad należał do Jamesa. Ku
mojemu nieszczęściu, moje nazwisko powtarzało się w jego tekście tak
regularnie, jak tylko było to możliwe. Autorzy natrętnie wałkowali temat
niejakiego, cytuję, „głębokiego uczucia syna Chłopca z Blizną do Marybeth
Krum”, zapominając chyba, że mieli pisać o turnieju a nie o miłosnych
uniesieniach. Potter powiedział, że reporter zbudował fundamenty tej plotki przez
to, że zanim przyszłam na zdjęcia, Colette spytała się Jamesa w obecności
dwójki pracowników „Famy”, gdzie jest
jego dziewczyna.
James
i jego ojciec wysłali do „Famy różdżkarzy” list z prośbą o sprostowanie wywiadu
i przeprowadzenie kolejnego – tym razem takiego, gdzie odpowiedzi wyszłyby z
ust Jamesa, jednak do tej pory nie otrzymali listu zwrotnego. Mimo to Harry
Potter zapewnił, że nie podda się tak łatwo i dołoży wszelkich starań, aby w gazecie
pojawiło się stosowne wyjaśnienie w tej sprawie. Przy okazji pokłócił się
znacznie ze swoim starszym synem, że ten wykazał wielką nieodpowiedzialność,
zgadzając się na opublikowanie pod swoim nazwiskiem słów, które nie wyszły z
jego ust. Zapewniał, że wystarczyło po niego pójść w dniu sesji i sprawdzania
różdżek, a on, nauczony życiowym doświadczeniem, zrobiłby z reporterem porządek.
Kiedy
dostaliśmy do rąk przeprowadzone już wywiady, nawet nam do głowy nie przyszło,
aby wołać kogoś starszego. W końcu byliśmy pełnoletni. To oznaczało, że nasza
inteligencja przewyższa wszystkich przynajmniej o połowę, a my sami pozjadaliśmy
wszystkie rozumy świata.
Okazało
się jednak, że nie tylko my doczekaliśmy się takowej uczty. Popis swojej
wszechwiedzy zaserwowali wszystkim redaktorzy londyńskiego Proroka Codziennego,
pisząc artykuły doprowadzające mnie do białej gorączki. Nienawidziłam czytać o
sobie.
TURNIEJ TRÓJMAGICZNY. OSTATNI
W HISTORII ŚWIATA MAGII?
Turniej
Trójmagiczny ma za sobą bogatą tradycję. Jest to najstarsza forma rywalizacji
międzyszkolnej, którą w trakcie organizacji żyje cała Wielka Brytania, Bułgaria
i Francja. Raz na parędziesiąt lat trzech reprezentantów poszczególnych krajów
rywalizuje o sławę, pieniądze i honor.
W
tym roku wiadomo jednak, że dwóch zawodników zgłosiło się jedynie dla tego
ostatniego. Jeszcze nigdy nie zdarzyła się taka sytuacja, aby dwójką
reprezentantów było potomstwo zawodników poprzedniego Turnieju Trójmagicznego. Mówimy
oczywiście o Marybeth Krum, córce dyrektora Durmstrangu Wiktora Kruma, oraz
Jamesie Syriuszu Potterze, synu tymczasowego dyrektora Hogwartu Harry’ego
Pottera. Przed laty to właśnie młody Potter pokonał starszego od siebie Kruma,
co wywołało niemałą sensację w świecie magii. Jak będzie tym razem? Kto okaże
się lepszy? Specjaliści i sędziowie uważają, że trudno jest to stwierdzić,
jednocześnie apelując, aby czarodzieje nie zapominali o również niesamowicie zdolnej
trzeciej zawodniczce – Colette de la Fonteine , której ojciec jest francuskim Ministrem
Magii. Niestety, przez gwar otaczający Krum i Pottera o Francuzce ani trochę
się nie wspomina. A może to ona zaskoczy wszystkich i już po pierwszym zadaniu
obejmie punktowe prowadzenie?
Jednego
możemy być pewni – tegoroczny Turniej Trojmagiczny będzie naprawdę
emocjonującym wydarzeniem, który zapisze się w pamięci wielu czarodziejów. Organizatorzy
zapewniają nas, że zadania są dostosowane do umiejętności młodych uczniów,
jednak nie należą do najprostszych, co cieszy widownię, która oczekuje ekscytujących
wrażeń. Mamy jednak nadzieję, że tegoroczny Turniej Trójmagiczny będzie na tyle
bezpieczny, że żaden zawodnik nie przypłaci go życiem. Ministerstwa Magii
zgodnie stwierdziły, że to ostatnia szansa dla takowego widowiska. Jeśli
pociągnie ono za sobą i tym razem ofiary śmiertelne, już nigdy więcej nie
zostanie zorganizowane. Miejmy więc nadzieję, że nic złego się nie wydarzy.
Redaktor Marcus Flint
MIŁOŚĆ WROGÓW?
Możemy
zgodnie uznać, że wszyscy zawodnicy Turniejów Trójmagicznych na czas
rywalizacji zamieniają się w swoich wrogów. Ale czy James Potter postanowił
stać się wyjątkiem?
Ze
sprawdzonego źródła dowiedzieliśmy się, iż starszy syn Potterów od jakiegoś
czasu zwraca większą uwagę na swoją przeciwniczkę niż powinien. Na daną chwilę
nie wiemy, jak zapatruje się na tę całą sytuację najważniejsza zainteresowana,
czyli Marybeth Krum, ale nasze redaktorki już dziś zapewniają, że ta dwójka tworzyłaby
całkiem ładną parę!
Życzymy
powodzenia, panie Jamesie!
Redaktor Pansy Flint
ODSUNIĘCIE
Decyzją
stołu sędziowskiego i sofijskiego Ministerstwa Magii, panowie Wiktor Krum i
Harry Potter zostali zwolnieni z pomocy przy organizacji Turnieju Trójmagicznego
z uwagi na uczestnictwo w konkursie swoich dzieci. Mimo tego zapobiegawczego
środka, mającego uchronić tajemnice wszystkich trzech zadań, wiele czarodziejów
uważa, że to zbyt mało. Wysoko postawieni magowie twierdzą, iż obaj panowie
powinni również zniknąć ze składu sędziów, gdyż nie będą potrafili spojrzeć
obiektywnie na poczynania swoich pociech. W ich miejsce wykonanie zadań będą
oceniać wicedyrektorzy ich szkół. W chwili zamknięcia tego numeru Proroka
Codziennego, nie wiedzieliśmy jeszcze, jaka jest dokładna decyzja bułgarskiego Ministra
Magii.
Redaktor Pansy Flint
~ * ~
Pogoda
była okrutna. Cały czas padał śnieg, choć biały puch sięgał już kolan, a silny
wiatr uderzał bezlitośnie w moje oczy. Otwierałam je tylko co jakiś czas, żeby
orientować się choć mniej więcej, czy idę w dobrą stronę. Tatę odgarniał przede
mną śnieg różdżką, abym mogła iść po piaszczystej dróżce.
Na
nogach miałam jedynie cienkie ciemnozielone rajstopy, a na stopach baleriny
tego samego koloru, choć w jaśniejszym odcieniu. Założyłam również trawiastą
sukienkę do połowy uda i, na całe szczęście, durmstrandzki płaszcz, bez którego
zamarzłabym na śmierć. Wychwalałam teraz pod niebiosa jego grubość i długość,
gdyż sięgał aż dwadzieścia centymetrów przed kostki.
– Mam nadzieję, że jutro będzie tak samo.
Przyda wam się trening quidditcha w ciężkich warunkach. Nigdy nie wiadomo czy
będzie też padało podczas waszego meczu z Hogwartem i Beauxbatons – odezwał się
ojciec, z zadowoleniem oceniając pogodę. Byliśmy już bardzo blisko punktu
aportacyjnego, który mieścił się zaraz przed bramą. Oczywiście, nie dało się
tak łatwo deportować w granicach Durmstrangu. Mój ojciec był strażnikiem
tajemnicy, więc mogli tu przybywać tylko ci, którzy otrzymali od niego namiary
na to miejsce. Stosowne informacje dla rodziców były umieszczane w
zapieczętowanych listach.
– Zamarzniemy zanim zdążymy oderwać się od
ziemi – mruknęłam wręcz niedosłyszalnie pod nosem.
– Bez przesady, zrobimy sobie solidną
rozgrzewkę. A najwyżej zagracie w płaszczach. – Ojciec już po raz któryś
udowodnił mi, że słuchu mogłoby mu pozazdrościć stado nietoperzy.
Już
nic mu nie odpowiedziałam. Jak będzie coś chciał zrobić, to to zrobi – i nie da
się go odwieść od jego pomysłu. Szłam więc tylko przed siebie, trzymając się
kurczowo płaszcza ojca, aby wiedzieć, gdzie iść, ponieważ przy kolejnym mocnym
podmuchu wiatru zamknęłam oczy.
– Dobra, to już tu – oznajmił w końcu tata,
zatrzymując się zaraz przy bramie. Zasłaniając sobie twarz dłonią, znów
podniosłam powieki, a drugą ręką złapałam kurczowo przedramię ojca. – Raz –
zaczął tata. - Dwa. I trzy! – Miał głupią manię odliczania, kiedy korzystaliśmy
z teleportacji łącznej. Oczywiście, potrafiłam już sama przemieszczać się z
miejsca na miejsce, aczkolwiek mój ojciec był więźniem starych przyzwyczajeń.
Może nawet zapomniał, że swój kurs teleportacji przeszłam już cały rok temu?
W chwili, gdy znaleźliśmy się pod rezydencją
Malfoyów, poczułam, że wiatr już nie uderza z całej siły w moją twarz, a śnieg
nie opada na płaszcz. Mogłam jednak wciąż wyczuć wilgoć w powietrzu i krople deszczu
spływające po policzkach. Otworzyłam oczy, by powitać typową angielską pogodę.
Byłam już cała przemoczona. Miałam mokry
płaszcz, baleriny, rajstopy i włosy. Jedynie sukienka wciąż pozostawała sucha,
ponieważ ubrana została pod okrycie wierzchnie.
– Możemy
już tam wejść? – spytałam ojca, pokazując podbródkiem na drzwi wielkiej
posiadłości. Musiała być to rezydencja Malfoyów, ponieważ w okolicy nie było
żadnego innego domu. Dziwiłam się, że ktoś chce mieszkać na takim odludziu.
– Tak,
pewnie – zgodził się tata, ruszając z miejsca w kierunku wejścia do domu. Wręcz
biegiem postarałam się go dogonić, ale udało mi się to dopiero pod drzwiami.
Wtedy też mój tata zastukał dwa razy kołatką. W mgnieniu oka drzwi się otwarły,
a w nich pojawił się mały, niski i krępy skrzat, który ukłonił się praktycznie
do naszych stóp.
– Witam,
panie Krum. Dzień dobry, panienko Krum. Państwo Malfoyowie już państwa oczekują
– oznajmił, podnosząc w końcu na nas wzrok. – Zapraszam! – przepuścił nas w
progu.
Pamiętając o grzeczności, wytarłam porządnie buty
w wycieraczkę, choć i tak były całe przemoknięte i na pewno niewiele to dało. Następnie
zsunęłam z nóg baleriny, a tata pomógł mi ściągnąć płaszcz. Podaliśmy go małemu
skrzatowi, który za niego podziękował, a następnie zniknął w dalszej części
korytarza.
W tej samej chwili z najbliżej umiejscowionego
pokoju wysunęła się cała trójka Malfoyów. Scorpius, najmłodszy z nich, był
zupełnym klonem swojego ojca. Wyglądał kropla w kroplę jak on. Te same nosy,
oczy i kształty twarzy, a nawet brwi i usta. Pan Malfoy zdecydowanie nie mógł
wyprzeć się faktu, że Scorpius był jego synem. Pani Malfoy różniła się jednak
zdecydowanie od swoich bliskich. Miała delikatne, brązowe loczki za ramiona,
zgarbiony nos, dziurki w policzkach i kilka rzucających się w oczy zmarszczek.
Wydawała się jednak bardziej pogodna i otwarta. W tej chwili uśmiechała się od
ucha do ucha.
Ojciec Scorpiusa momentalnie przywitał się z
moim, mówiąc, jak bardzo cieszy się z naszego przyjazdu. Natomiast do mnie
podeszła drobna pani Malfoy, która pocałowała mnie w obydwa policzki.
–
Merlinie, nie jest ci zimno? – spytała momentalnie, łapiąc w obie dłonie jeden
z kosmyków moich włosów, które były teraz niesamowicie mokre.
– Nie,
wszystko okey – skłamałam, siląc się na uśmiech. Miałam nadzieję, że ten durny
obiad skończy się jak najszybciej.
Pani Malfoy nie spytała mnie nawet, czy chcę,
aby wysuszyła mi włosy, tylko bez słowa wyjęła ze swojej kieszeni różdżkę i
dotknęła jej końcem moich kosmyków, szepcząc pod nosem jakieś zaklęcie.
–
Dziękuję – wybełkotałam zaskoczona.
– Nie ma
za co – uśmiechnęła się do mnie jeszcze szerzej, a następnie odwróciła się w
kierunku swojej pociechy. – Synku, przedstaw się koleżance – zachęciła go, co
wyglądało z boku dość komicznie.
Chłopak powstrzymał się od wywrócenia oczami, a
następnie do mnie podszedł i wyciągnął w moim kierunku dłoń.
– Scorpius
Malfoy – odparł jakby od niechcenia.
–
Marybeth Krum. Miło poznać. – Również wysunęłam swoją rękę i dotknęłam nią
dłoni chłopaka. Była bardzo ciepła, a moja wciąż zimna i mokra od deszczu.
– W takim
razie, zapraszam gości na obiad! Nasz skrzat naprawdę bardzo się postarał! W
końcu taka niecodzienna okazja. – W tym miejscu pani Malfoy spojrzała znacząco
w moją stronę. Zerknęłam na nią z zaskoczeniem. O jakiej niecodziennej okazji
mówiła? Przecież ojciec tłumaczył mi, że to zwykły obiad, typowe spotkanie z
nowopoznanymi, ale intersującymi ludźmi.
Z podejrzliwym spojrzeniem ruszyłam w kierunku
wskazanym przez panią domu.
~ * ~
Obiad
był naprawdę wystawny. Sama nie potrafiłam zdecydować się na jedno danie. Wymyślne
i oryginalne potrawy zostały podane na eleganckich półmiskach i w klasycznych
wazach. Cała zastawa przywodziła na myśl stół z dawnych lat i z pewnością nie
wyglądała na taką, z której korzystałoby się codziennie ani nawet co niedzielę.
Wydawało mi się, że została przydzielona do zadań specjalnych.
Atmosfera podczas posiłku była raczej drętwa. Do
momentu skończenia obiadu przez wszystkich, nikt się nie odzywał, chyba że po
to, aby poprosić o podanie czegoś. Dopiero kiedy domowy skrzat zabrał wszystkie
brudne talerze i dania ze stołu, a w zamian przyniósł herbatę oraz różnego
rodzaju ciasta, tata i pan Malfoy zaczęli dyskutować o organizacji Turnieju
Trójmagicznego. Pani Malfoy przybliżyła się wtedy do krzesła męża i zaczęła
przysłuchiwać się rozmowie, jednak ani przez chwilę się do niej nie wtrącała.
Ja natomiast nalałam sobie do porcelanowego
kubeczka trochę herbaty, a następnie zaczęłam w niej mieszać łyżką, choć nie
dosypałam do niej cukru. Chciałam się czymś zająć, a to było dobre rozwiązanie,
ponieważ musiałam uważać, aby łyżka niezbyt często i mocno uderzała o ścianki
kubka. Dźwięk, który powstawał podczas takiego mieszania, bardzo denerwował
ojca.
Kiedy moja ręka zmęczyła się już monotonnym ruchem,
rozmowa mężczyzn zeszła na tematy czysto polityczne. Obydwoje zaczęli teraz
żarliwie omawiać plusy i minusy wyboru nowego Ministra Magii w Niemczech. Znudzona
odłożyłam swój kubek na bok i wyprostowałam się, pamiętając, że mam problemy ze
zgarbionym karkiem.
– Widzę,
że przestało padać – odezwała się nagle pani Malfoy, odwracając lekko głowę w
kierunku okna. I ja spojrzałam w tamtą stronę. Rzeczywiście się rozpogodziło,
choć ziemia wciąż była mokra. – Może wyszlibyście razem na spacer, póki jest
ładna pogoda? – Kobieta skorzystała z przerwy w rozmowie swojego męża i mojego
ojca, aby zaproponować mi i Scorpiusowi rozwiązanie na spędzenie czasu.
Spojrzałam na blondyna, aby zobaczyć, co myśli o
propozycji swojej matki. Miałam nadzieję, że wyśmieje jej pomysł. Strasznie nie
chciałam iść z nim sam na sam na spacer. W ogóle go nie znałam. Już mogłam
sobie wyobrazić, jak będzie wyglądała nasza rozmowa.
Niestety, Scorpius wzruszył tylko ramionami, a
gdy napotkał wzrok swojego ojca, odezwał się miłym tonem:
– Pewnie,
bardzo chętnie, mamo.
Chłopak wytarł serwetką usta i podniósł się od
stołu.
– Tylko
że… Ja w sumie nie mam odpowiednich butów do wyjścia na taką chlapę – odparłam
zgodnie z prawdą. Założyłam baleriny, ponieważ jako jedyne pasowały mi do
sukienki. Postanowiłam, że przemęczę się już w drodze od swojego pokoju do punktu
aportacyjnego w Durmstrangu, ale nie uśmiechało mi się wyjście w tych butach na
morką ziemię, skoro nie było takiej konieczności.
– Ach,
tak. Widziałam, masz baleriny – odpowiedziała ze zrozumieniem kobieta. Wydawało
mi się, że chyba ją polubiłam. Była całkiem miła i sympatyczna, czego nie
mogłam powiedzieć o jej mężu. Miał lekceważący ton głosu i odzywał się oschle,
nie robiąc na mnie dobrego wrażenia. Przez myśl przeszło mi na samym początku,
że trzyma swoją żonę na dystans. – Ale nie martw się, mogę pożyczyć ci jakieś
swoje buty. Jaki masz rozmiar? – uśmiechnęła się pogodnie.
Westchnęłam ciężko w duchu.
–
Czterdziesty.
Kobieta zrobiła przepraszającą minę.
– To ci
jednak nie będę mogła pożyczyć… - powiedziała. – Ale Scorpius ma czterdziesty
pierwszy. Zaraz przyniosę ci jakieś jego buty. – Ucieszyła się ze swojego
pomysłu i od razu wstała od stołu, aby za moment zniknąć za drzwiami jadalni.
Ledwie co powstrzymałam się od otworzenia szeroko ust z zaskoczenia. Miałam
wielką nadzieję, że moje baleriny będą idealnym pretekstem do pozostania w
rezydencji Malfoyów. Pani domu wybitnie jednak zależało, abym znalazła się z
jej synem sam na sam.
Spojrzałam znacząco na Scorpiusa ze smutnym
grymasem, który wykrzywiał moją twarz. Chłopak westchnął tylko, kiedy zobaczył,
że przeniosłam na niego wzrok, i wydawało mi się przez moment, że zrobił
przepraszającą minę. Nasi ojcowie wrócili w tym czasie do swojej rozmowy.
Po chwili w drzwiach jadalni pokazała się pani
Malfoy trzymająca w jednej dłoni parę czerwonych trampków.
–
Scorpius, Marybeth, chodźcie! – zawołała nas, nie podnosząc tonu głosu.
Pan Malfoy zerknął znacząco na swojego syna,
który zrozumiał chyba jego spojrzenie, bo podniósł się z miejsca i obszedł
stół, aby stanąć za moim krzesłem i lekko je odsunąć.
– Proszę.
Rozmiar czterdzieści i pół. Powinny być ci dobre. – Matka Scorpiusa wyciągnęła
do mnie buty swojego syna, zanim jeszcze zdążyłam pokonać pół dzielącej mnie i
ją drogi.
– Dziękuję – odparłam, gdy już w końcu złapałam za
trampki. Wyglądały na mało noszone i bardzo zadbane. Nie miały żadnych plam na
materiale ani startej z tyłu gumy. Były dość zwyczajne, ale całkiem ładne.
Dodatkowo od wewnętrznej strony miały wprasowany okrągły znaczek z
pięcioramienną niebieską gwiazdką.
Przymierzałam je wolno, mając nadzieję, że
podczas mojego przygotowania się na spacer zacznie na powrót lać. Niestety, w
chwili gdy zawiązałam zaklęciem obydwa buty, wciąż była ta sama ładna pogoda.
Szlag.
– A nie
masz nic na ramiona? – spytała mnie jeszcze matka Malfoya, patrząc na moją
sukienkę.
– Mam
płaszcz, jednak na angielską pogodę jest zdecydowanie za gruby. Ale nie jest mi
zimno, naprawdę – zastrzegłam szybko, aby nie zostać jeszcze uraczona kolejnym
elementem ubioru z domu Malfoyów.
– Tutaj
jest ci ciepło, ale na dworze to co innego – wytłumaczyła mi jeszcze kobieta i
sięgnęła do wieszaka, na którym wisiała jakaś gruba flanelowa koszula w dużą kratę.
Brunetka złapała ją i wystawiła w moim kierunku. – Weź, Scorpius ma taką
jeszcze jedną. – Miałam już dość tego jej ciągłego uprzejmego uśmiechania się.
Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że ten uśmiech może być sztuczny; jakby
doklejony.
–
Dziękuję – mruknęłam z niechęcią, przerzucając sobie na razie materiał przez
rękę jak kelner czyni to z białą serwetką.
– Miłego
spaceru życzę – oznajmiła jeszcze pani Malfoy, otwierając przed nami drzwi
wejściowe. Przygryzłam dolna wargę i z wielkim niezadowoleniem na twarzy,
którego kobieta chyba nie zauważała, wymaszerowałam z rezydencji w nie swoich
trampkach. A za mną Scorpius.
Jeśli do tej pory czułam się skrępowana, teraz
miałam dopiero poznać, co tak naprawdę słowo „skrępowanie” oznacza.